fe211440-9011-11e8-af33-525400d183e6_hd_adam-0ce5dc1954f81e1736f42ce57daae1b1

Nasza Historia

Ta historia ma swój początek w maju 2014 roku… 

Na skutek nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, Adam wjechał prowadzonym przez siebie autem przed rozpędzoną
40-tonową ciężarówkę. Auto zostało kompletnie zniszczone, a Tato nieprzytomny został odwieziony do szpitala w Polanicy Zdrój. Wstępne rokowania były bardzo przygnębiające…
Ostatecznie spędził w szpitalu kolejne 3 miesiące, między innymi na oddziale intensywnej terapii, paliatywnym oraz rehabilitacyjnym. Gdy wracał do swojego domu był na wózku inwalidzkim.

Po 4 latach, które minęły od tego wypadku, wciąż walczymy o odzyskanie zdrowia i aktywności Taty, w takim stopniu , w jakim tylko jest to możliwe.

Przeczytaj dalszą część naszej historii poniżej…
Mamy nadzieję, że będzie dla Ciebie motywacją!

“Rehabilitacja będzie długa, nie zawsze efekty będą przychodzić od razu” – usłyszeliśmy od mądrych ludzi, którzy rehabilitacją zajmowali się na co dzień. Dzisiaj wiemy również, że czasami mimo najlepszych starań i starannie dobranych metod, efekty przez pewien czas nie przychodzą w ogóle, czasami przychodzi wręcz pogorszenie. W tamtych chwilach od razu pytaliśmy siebie co robimy źle? Życie pokazało nam, że to bardzo nietrafione pytanie, które rodzi jedynie frustrację i niepotrzebne emocje. W rehabilitacji potrzeba nie tyle starań – co uporu… Obrania celu i uporu. Tylko tyle i aż tyle.

Jeżeli i Was będzie dotyczył powrót do zdrowia, zechciejcie o tym pamiętać! To jak z drzewem, które pod wpływem wiatru potrafi wychylić się od pionu w nieoczekiwany sposób. Ale w końcu powraca z tej skrajnej pozycji!
Gdy przychodziły złe chwile, mówiliśmy sobie, że to w końcu się zmieni, że nie może trwać bez końca. I prędzej czy później faktycznie wszystko wracało do normy…

Bezpośrednio po opuszczeniu szpitala, Tato był w złym stanie, co znacząco wpływało również na nas, szczególnie na Mamę. Adam nie mówił, nie komunikował swoich potrzeb, nie wyrażał emocji w żaden sposób. Nie zgłaszał potrzeb fizjologicznych.
Posiłki spożywał jedynie w formie papek dostarczanych bezpośrednio do żołądka poprzez tzw. PEG, system przezskórnej endoskopowej gastrostomii. W naszej głowie rodziły się pytania czy tak już pozostanie…

Lekarze zdjagnozowali rozległy obrzęk mózgu, obicie pnia mózgu, mnóstwo wewnątrzczaszkowych wylewów, dysfunkcje pracy narządów ruchu, brak czucia w prawej ręce, rozległą spastyczność. Lista była długa. Najbardziej dotykał nas całkowity brak kontaktu z ojcem. Pojedyncze słowa były wciąż te same, reakcje oparte o kilka schematów. Czasem wydawało nam się, że Tato rozumie co do niego mówimy, ale jego późniejsze reakcje zdradzały, że niestety tak nie było. Miał za to pogodną twarz i inny, spokojniejszy charakter. Pamiętał też twarze ludzi, których znał gdy był zdrowy. A więc walczyliśmy razem.

Rozpoczęliśmy razem z Kamilem domową rehabilitację, której celem było umożliwianie Tacie wykonywania zwykłych czynności, takich jak samodzielne chwytanie rzeczy, jedzenie, może nawet samodzielne poruszanie się. Tego wszystkiego co jest tak oczywiste dla zdrowych i w pełni sprawnych osób. Rehabilitacja przebiegała zgodnie z metodami PNF oraz Bobath. Podejmowaliśmy się wybranych niestandardowych działań, które przyniosły konkretne, wymierne efekty. Wielokrotne sesje w komorze hiperbarycznej, akupunktura, ziołolecznictwo. Powoli i stopniowo, po tygodniach i miesiącach, przychodziły małe zwycięstwa… Chwytanie przedmiotów, trzymanie łyżki, pierwszy jeszcze niestabilny krok. To był dobry czas! Tato przestał korzystać z wózka inwalidzkiego, chociaż nie potrafił chodzić bez asekuracji drugiej osoby.
Niestety, aby zadbać o sprawy Ojca wystąpiliśmy o wyznaczenie Mu opiekuna prawnego, który byłby w stanie reprezentować Go w istotnych dla Niego sprawach. Jako syn, pozostaję nim do chwili obecnej.

W międzyczasie podjęliśmy niełatwą decyzję, o tym, że zamieszkamy w trójkę. Podjęliśmy stosowne kroki, rodzice przeprowadzili się do Siechnic, pozostawiając przyjaciół ze Szczytnej, z Dusznik, okolicznych miejscowości.
Gosiu i Arku, Bernadetto i Danielu, Agnieszko i Rysiu, Beatko i Romku! Zosiu, Tereso, Adrianno! Wam wszystkim, których nie sposób tu wszystkich wymienić, bardzo dziękujemy! Pozostajecie w naszej pamięci!!!

Siechnice i Wrocław to dla nas nowy rozdział. Przemek, a potem w pełniejszej mierze Sylwia, wyjątkowa osoba, nowi rehabilitanci Taty, zarazili nas rehabilitacją metodą Voyty, którą stosujemy do dzisiaj. Już pierwsze rehabilitacje tą metodą to niezwykłe zmiany w stanie zdrowia i możliwości Adama. Tato zaczął czuć swoje fizjologiczne potrzeby, zaczął odważniej chodzić, jego twarz pozytywnie się zmieniła. Dzisiaj wciąż walczymy by tak pozostało.
I choć nie zawsze się udaje, to mamy upór i mamy cel!

Drodzy Przyjaciele!
O tym, że rehabilitacja to wyzwanie, nie musimy Was zapewne przekonywać. W szczytowych momentach na leczenie Taty przeznaczaliśmy miesięcznie około 3 tysięcy złotych, co niestety było obciążeniem przekraczającym nasze możliwości w dłuższym okresie. Zakres naszych działań siłą rzeczy nie jest już więc tak duży jak kiedyś.

Jeżeli chcielibyście Nasi Przyjaciele i Drodzy Państwo wesprzeć Adama w jego walce o powrót do zdrowia,
będziemy za to wdzięczni!
Fundacja Carpe Diem powstała ze względu na Ojca i bardzo cenimy Wasze wsparcie przeznaczone dla Niego!

Danuta Moritz, żona Adama,

Marek Moritz, syn,
Prezes Fundacji Carpe Diem

Biuro Fundacji

Fundacja Carpe Diem, ul.Świętej Katarzyny 35/14, 55-011 Siechnice

NIP 8961578595   REGON 380221420   KRS 0000731537   
konto BNP Paribas Bank  25 1750 0012 0000 0000 3985 0745